25 sierpnia 2016

MANUFAKTURA POZNAŃSKIEGO

Jak Łódź długa i szeroka tak wszyscy jej mieszkańcy wiedzieli, że w fabryce Poznańskiego dobrze pracownikom się wiedzie. Zarobić szło niegorzej, praca przy maszynach nie była, aż tak ciężka, a bawełna którą produkowano wybitna na całą Europę, więc i duma w sercach była, że praca doceniona jest przez innych.
Liczył więc Poznański ruble i rozmyślał, co kupi sobie w następnej kolejności. A wierzcie mi, że miał nad czym myśleć, bo miał już dóbr zacnych wiele. Myślał, myślał, w końcu postanowił… pałac jego zachwyt wzbudzał u wszystkich, ale żeby tym bardziej pokazać swój status społeczny, bo nikt nie ma prawa z Poznańskim się równać, podłogę w największej komnacie pięciorublówkami wyłoży.
I tu kolejny dylemat powstał, czy położyć awarsem ku górze, gdzie profil cara jest ukazany, ale mogą go wówczas posądzić o zbeszczeszczenie symboli narodowych, czy rewersem- orłem do góry, twarzą cara ku dołu, czym gniew jego może na się ściągnąć. Dylemat nie łatwy do rozwiązania, ale była i na to rada. Ułożyć je sztorcem, gdzie więcej materiału do wyłożenia komnaty potrzebna będzie, ale spokój zapewni i na niczyj gniew nie narazi.
Zaczął więc liczyć swe ruble Poznański, czy wystarczy mu na całą podłogę, a praca nie utknie w połowie… i tak liczył i liczył, ale zawsze coś go od roboty oderwało i musiał zaczynać od nowa… Wiele lat mu te kalkulacje zajęły i podłoga nigdy położona nie została. Zazdrości twierdzą, że z braku rubli…



W dzisiejszej Manufakturze mieściły się zakłady bawełniane Izraela Poznańskiego.
Wpisana do rejestru zabytków w latach 1971–1993. Od 2006 roku mieści się tutaj największe centrum handolwe w Polsce środkowowschodniej.

14 sierpnia 2016

TORUŃSKI KOT

Rzecz ta działa się 1628 roku, lato było wówczas upalne, a toruńskie spichlerze pełne były zboża. Urodzaj wielki cieszył wszystkich ogromnie. Tym większy był smutek, gdy odkryto, że w Toruniu zadomowiły się  polne myszy. Burmistrz nakazał więc sprowadzić wszystkie okoliczne koty, aby zaś te rozprawiły się z uciążliwymi gryzoniami, zanim one wyjedzą całe zboże. Wśród sprowadzonych wybawców, byt jeden kot niezwykle leniwy. Zamiast polować na myszy jak pozostałe koty, ten przechadzał się głównymi ulicami miasta ocierając się o nogi mieszkańców i zaczepiając ich mruczeniem. Kot szybko zaskarbił sobie sympatię mieszczan. Wszystko toczyło się powoli, aż do dnia 16 lutego gdy na miasto najechali Szwedzi okazało się, że kot, chociaż żadnego pożytku w walce z myszami z niego nie było, był nieoceniony za to podczas szturmów na miasto, skakał na przeciwników i drapał ich twarze do krwi. Po długich walkach wróg został pokonany, a w mieście zaczęto się zastanawiać, jak uczcić bohaterskiego zwierzaka i wynagrodzić jego męstwo. Postanowiono więc, że baszty miejskie będą przypominały o jego czynach. Nazwano je: Kocim Łbem, Kocim Ogonem, Kocimi Łapami, a barbakan broniący bramę chełmińską nazwano Kocim Brzuchem.

baszta

Barbakan toruński, był pierwszym tego typu budynkiem na ziemiach polskich. Został wysadzony przez Szwedów w 1429 roku. Teb sam los podzieliły również baszty staromiejskie Koci Łeb i Koci Ogon. Koci Łeb odbudowano jeszcze w XVIII w, pozostała zachowana do dzisiaj.
 Baszta Koci Ogon, chociaż odbudowana w 1825 roku uległa rozbiórce 62 lata później.

13 sierpnia 2016

O ZAŁOŻENIU ZAKOPANEGO

Legenda ta pochodzi z czasów, kiedy Tatry porośnięte były gęstą, nieprzebraną puszczą.
Trudno dostępne obszary skutecznie blokowały osadnictwo ludzi na tym terenie. Jedyne osady na tych ziemiach znajdowały się w dolinie Dunajca. Mimo, że puszcza tatrzańska, była bogata w owoce leśne, zwierzęta i ryby, zapuszczali się w nią jedynie myśliwi. I to jedynie blisko, tak aby mogli wrócić do domu.
Górale tęsknie patrzyli na szczyty gór, marząc by zamieszkać na ich zboczach. Wśród nich żył też Piotr, młody gazda z Szaflar. Tak jak wielu innych on też, chciał żyć blisko wspaniałej góry. Pewnego dnia Piotr postanowił opuścić rodzinny dom i spełnić swoje marzenie. Zabrał niezbędną ilość jedzenia, ciupagę, kilka przydatnych narzędzi i udał się w góry. Gdy w końcu dotarł na niewielką polanę leżącą przy potoku, zachwycony postanowił, że wybuduje tu swoją chatę i będzie żył.
Przez kolejne dni Piotr ciężko pracował. Wyrąbywał las, suszył drzewo, budował dom, wypalał pnie i palił gałęzie aby użyźnić ziemię. Na wylesionych terenach uprawiał ziemniaki, siał zboże i warzywa. Praca była ciężka i zajmowała Piotrowi sporo czasu, młodzieniec zmężniał, dorósł i wyprzystojniał. Jego marzenia spełniły się dzięki poświęceniu. Często odwiedzał swoją rodzinną wioskę w dolinie Dunajca, gdzie sąsiedzi z racji jego pasiastego odzienia nazywali go Gąsienicą.
Przydomek nie przeszkadzał mu wcale i z czasem on sam zaczął się przedstawiać jako Piotr Gąsienica. Okolicę, której mieszkał Piotr nazwano Kopana z racji tego, że ten aby móc w niej zamieszkać wpierw musiał zaorać rosnące tam zielsko.
Zapoznał też gazda młodą góralkę o imieniu Kachna, młodzi przypadli sobie do gustu, więc niedługo potem wyprawiono huczne wesele. Zamieszkali w Kopanej w chacie Piotra. Ludzie zaczęli mówić, że dziewczyna poszła „za Kopane”, a z czasem nazwa ta przyjęła się do miejsca, w którym mieszkali nowożeńcy. Po kilkunastu latach ich dzieci wybudowały własne domy i założyły własne rodziny, potem ich wnuki i ich prawnuki.
Do dziś powiada się, że w Zakopanem kapusta nie urośnie, bo za dużo jest tam Gąsieniców.

Tatry
Zakopane zwane nieformalnie zimową stolicą Polski, jest dużym ośrodkiem sportów zimowych.
Drugie co do wielkości miasto Podhala.
Położone u stóp Tatr, nad kilkoma potokami. Jest najwyżej położonym miastem Polski.

10 sierpnia 2016

GŁOWY WAWELSKIE

Na Wawelu wiele jest pięknych i majestatu pełnych komnat, lecz jedna z nich zasługuje na szczególną uwagę. Jedni zwą ją Tronową, inni zaś Poselską. Lecz bez względu na to jak jest zwaną, sala ta jest dziwów pełna, bo spod sufitu głowy drewniane spoglądają, a tak misternie rzeźbione, że jako żywe zdawać by się mogły.
Pewnego dnia targowego gdy kupcy z dalekich stron kramy swoje rozstawili, a ludzie tłoczyli się wokół po przedmioty piękne i pożyteczne, krzyk się zruszył i poruszenie. –Złodziej! Ratunku! Łapcie!- krzyczał kupiec, który ze sprzedaży pasów przecudnej, ręcznej roboty był znany, nie tylko tu, ale i w całym kraju. Złodziejaszek skorzystał na nieuwadze pasamonika i pochwycił bogato zdobione pas leżący na stole. Poruszył się więc tłum, bo ludzie uczciwi chcieli pomóc w złapaniu złodzieja, nikt go jednak nie zauważył. Wtem ktoś na drugim końcu targu krzyknął –Tu jest pas!- zrabowany przedmiot leżał u stóp biednej wdowy, która nie bardzo wiedziała o co chodzi. Po chwili roztrzęsiony kupiec wraz ze strażnikami poprowadził kobietę wprost na zamek, gdzie stanąć miała przed obliczem króla. A trzeba wiedzieć, że w czasach tych Zygmunt August srodze karał złodziei. –To nie ja, nie ja, ja tylko stałam… tłumaczyła się nieporadnie zaskoczona kobieta, lecz skoro ona nie potrafiła się wytłumaczyć to jak król miał o jej niewinności świadczyć. Skazano więc wdowę na przykładną chłostę na rynku. Zapłakała na to biedaczka i wyrzekła – Jeśli nikt nie chce stanąć w mej obronie, to choć niech przemówię te głowy drewniane! A po jej słowach rzecz się stała niezwykła, spod sklepienia głos usłyszeli zebrani –Królu Auguście sądź sprawiedliwie. To owa postać kobiety w białym czepcu wyrzekła te słowa. Więc raz jeszcze cały sąd przeprowadzono, podczas którego świadek się znalazł, który wdowę uniewinnił, zeznaniem, że widział jak młody chłopak biegnąc pas jej jedynie pod nogi rzucił. Uniewinniona sakiewkę dostała jako zadośćuczynienie. A głowy…
Nigdy więcej żadna z nich nie odważyła się już odezwać, a tej, która ośmieliła się sąd królewski kwestionować, król rozkazał opaskę na ustach dorzeźbić.
sala tronowa
 
Głowy wawelskie to pierwotnie 194 rzeźby, które znajdowały się w kasetonowym suficie w Sali Poselskiej na Zamku Królewskim w Krakowie.
Do dzisiaj przetrwało jedynie 30. Przedstawiają osoby różnych stanów. W 1869 r. 24 z nich zostały wywiezione do Moskwy, szczęśliwie powróciły do kraju. W latach 1925- 1927 Xawery Dunikowski wykonał cykl jeszcze 12 „głów wawelskich”, jednak te nigdy nie znalazły się w stropie Sali.



7 sierpnia 2016

POPIEL

O KRÓLU, KTÓREGO ZJADŁY MYSZY...

W kruszwickim zamku żył Popiel stary,
Co za swe zbrodnie doznał słusznej kary,
I chodź to dziwne, każdy w to wierzy,
Że małe myszki zjadły króla w wieży. 

Przed wiekami, nad wodami Gopła wznosił się warowny gród Kruszwica. Rządził tu król Popiel - zły i okrutny, a jego miecz obficie spływał krwią poddanych. Do najbardziej niecnych czynów podjudzała go jednak żona Gerda, piękna i podstępna Niemka. To ona wymyślała coraz to nowe i okrutniejsze udręki dla ludu.
Miał król Popiel swą radę starszych, w której zasiadali jego stryjowie. Ale nie w smak mu było słuchać ich rad, a Gerda stale podsycała jego chełpliwość:
-Co z ciebie za król, mój Popielku, kiedy musisz dawać posłuch tym starcom - mówiła -Tyś król i pan, a starców trzeba się pozbyć, bo stracisz tron.
Nie minęło wiele czasu jak uradzili, że stryjów pozbyć się trzeba podstępem. Przedtem jednak, bo tak kazał zwyczaj Popiel udał się do siwowłosego wróża, by ten powiedział co się wydarzy, jaki będzie los króla i tronu. Długo czekał Popiel na wyrocznię, aż usłyszał: -Królu, twoja władza jest silna, silna podstępem i orężem, ale ponad twoją władzę są myszy- i dodał: -strzeż się myszy ! -Cóż pleciesz starcze, ja mam się bać myszy?- zdziwił się Popiel, ja który nie boję się wilków, żubrów i niedźwiedzi, mam się lękać małych myszy? 
Nie przejął się Popiel tą wróżbą, która zdała mu się wielce śmieszną i wcale  nie myślał zaniechać ułożonego planu pozbycia się stryjów. Gdy minęła pora zasiewów posłał umyślnych z pokłonami i zaproszeniem stryjów na zamek kruszwicki. Zdziwili się stryjowie, zastanawiali, ale w końcu uznali, że Popiel musiał się zmienić i pragnie zgody z rodziną, postanowili przyjąć zaproszenie. Przybyłych do Kruszwicy stryjów już na zamkowym dziedzińcu powitał Popiel uniżonymi przeprosinami:
-Przyjmijcie stryjowie moją skruchę, zapomnijcie urazy. Kłaniam się waszej mądrości i o rady śmiem prosić. Najpierw jednak trzeba wam odpocząć i posilić się, bo strudzeni jesteście drogą - i dodał -Zapraszam stryjowie na ucztę pojednania. 
Gerda zawsze zimna i wyniosła, była teraz przymilna i z uśmiechem zapraszała do uczty, częstując gości dziczyzną, miodem i chłodnym piwem. Kiedy biesiadnikom miód uderzył do głów, odprawiła wszystkie sługi i sama przyniosła z piwnicy dzban przedniego miodu, który po drodze zaprawiła trucizną, Polała miód stryjom, skrzętnie omijając puchar Popiela.
Pojął wtedy Popiel, że oto stało się i przeraził się tym czynem, ale było już za późno, bo po chwili goście zaczęli padać z ław. Zwijali się z okrutnego bólu, wydawali nieludzkie jęki i wołali z przerażeniem: - Zdrada! Trucizną nas bratanek napoił! Pomsta mordercy! Najstarszy z nich, Mieszko, przed śmiercią jeszcze wychrypiał: - Klątwa na was, na cały ród Popielów! Przeklinam was, a śmierć wasza niech będzie straszniejsza od naszej!
Chwilę jeszcze słychać było jęki i krzyki, aż nagle wszystko ucichło, tylko za grubymi murami wył wiatr, a niebo przecinały błyskawice. Gerda szybko wzięła się do dzieła, potrząsnęła oniemiałym Popielem i nakazała mu pomoc w uprzątnięciu ciał. Przywiązawszy każdemu kamień do nóg, pod osłoną nocy wrzucali ciała stryjów do huczącego jeziora. Nazajutrz rano, nagabywani o gości opowiadali: -Pewnie stryjom nie podobało się u nas. Wyjechali nocą, chociaż ostrzegaliśmy ich przed burzą. Żeby tylko nic im się nie stało. Czyniono poszukiwania zaginionych, ale bez skutku.
Rozpaczały rodziny sądząc, że ich bliscy utonęli w czasie burzy podczas przeprawy przez Gopło... Ludzie z okolicy zaczęli się domyślać, że w zamku stało się coś strasznego, ale groźba śmierci zamykała im usta. Popiel teraz już pewien swego tronu i bezkarny, łupił swój lud, coraz cięższe stosował kary i w coraz większe obrastał bogactwo, które trwonił na hulankach i pijaństwie. I tak jakiś czas było i tak pewnie dalej by się działo, gdyby nie nadszedł czas kary. W zamku niespodziewanie pojawiły się myszy. Tysiące myszy, które dziwnie dysząc, maszerowały od strony jeziora. Na nic zdała się walka z nimi. Z każdej sieczonej na pół myszy pojawiały się dwie następne, a ilość ich wciąż rosła i rosła. Naraz Popiel pojął, że oto spełnia się klątwa stryjów i że z ich ciał lęgnie się ta złowroga plaga.- Musimy uchodzić na wyspę, schronić się w wieży!- wołał Popiel. Dopadli do brzegów jeziora do łodzi, Wiosłując zaciekle, co sił uciekali przed goniącymi ich stworzeniami. Dopadłszy wreszcie do wieży, zamknęli solidne, żelazem okute wrota, wdrapali się na sam szczyt i wtedy z ulgą odetchnęli: -Tu jesteśmy bezpieczni, tu nas nie dopadną! Wychylił się jeszcze Popiel, spojrzał w dół i aż cofnął z osłupienia- myszy przepłynęły jezioro i obległy wieżę. Za chwilę drobnymi ząbkami przegryzły kute wrota i z piskiem pędziły w górę. W mgnieniu oka zjadły króla Popiela, jego żonę i... zaległa cisza. Jedynym dźwiękiem, który zakłócał nagłą ciszę był brzęk królewskiej korony, toczącej się po schodach wieży.
Przyszła zima, ziemię otulił kożuch, śniegu, a kruszwicką okolicę ogarnął spokój. Niepokój ludzi budziła cisza jaka panowała na zamku. Już od dawna nikt nie wychodził, nie wyjeżdżali konni, nie unosił się dym z komina. Wreszcie młody kmieć odważył się pójść na zwiady i przyniósł przerażającą i zarazem wesołą wieść: -Król nie żyje! -W wieży tylko myszy grasują! -wołał radośnie -Patrzcie co zostało po Popielu!- wykrzyknął i podniósł rękę, w której trzymał koronę Popiela.
Taka była kara za podstępy i okrutny mord za udrękę ludu i o tym opowiada huczące nocą jezioro.


Kruszwica to małe miasteczko w województwie kujawsko-pomorskim położonym nad przepięknym, historycznym Jeziorem Gopło. 
Symboliczna ceglana "mysia wieża" to pozostałość po zamku zbudowanym w 1343 roku przez Kazimierza Wielkiego. 
Zamek w 1657 roku został wysadzony przez Szwedów. 
Na szczyt mysiej wieży prowadzi 109 krętych schodów, na jej szczycie znajduje się taras widokowy. Chociaż legenda miała wydarzyć się 400 lat przed wybudowaniem zabytku do tej pory kojarzy się ze złym władcą i jest symbolem Kruszwicy.